Bestia w Rimini


To, co wydarzyło się w Rimini i inne podobne wydarzenia, to rezultat naszego sposobu życia, zrozumienia i uczuć jakimi wzajem obdarzamy siebie. Coś takiego nie bierze się znikąd. Owszem można i należy się zgodzić, że narody bardziej rozwinięte, które mają więcej doświadczenia i więcej uwagi poświęcają rozwojowi kultury i duchowości odeszły dawno dużo dalej niż stan umysłu „dzikich bestii”, jak nazwał sprawców tego wydarzenia mąż zgwałconej kobiety i ofiara pobicia. Nie wszędzie jest tak, jak w Europie. Mamy za sobą dużo, ponad dwa tysiące lat rozwoju kulturalno – duchowego, moralnego. To tyle, aby dorobić się praw człowieka, religii z długą tradycją, szeregu instytucji mających pilnować porządku (funkcjonujących jako tako), czy kultury, w której w procesie rozwoju pojawiają się szlachetne Ideały. Jeśli sprawcy tego wydarzenia, jak przypuszcza się, pochodzą z Afryki widomym jest, że ludzie tam mieszkający do dziś nie pozbierali się po kolonializmie, który był dla nich, jak oni dziś „dziką bestią”. Wystarczy przypomnieć „osławione” wyczyny belgijskiego króla Leopolda II, a podobnie działo się w innych kolonialnych krajach. Do dziś bogatsze kraje w małym stopniu dbają o dobrostan miejscowych, a na pewno, gdy przybywają, aby pozyskać surowce. Chociażby kopalnie drogich kamieni w Afryce wyglądają tak samo jak wtedy, gdy zobaczyliśmy je po raz pierwszy. To się zwraca, ktoś może to nazwać karmą, ale można prościej. Ci ludzie takie symbole dostali od nas. Te symbole stosowali i stosują wobec siebie. Afryka w dużej mierze opanowana jest przez „dzikie bestie”, różnej maści dyktatorów, rozmaite ugrupowania bojowe. Raz, biją się o religię, innym, jak zwykle o władzę. Krew się leje, dzieci noszą broń, kobiety piętno wielu gwałtów. Tam jest dziko. A ludzie, którzy do tej dzikości nie przykładają się, cierpią od niej cały czas, są bez pomocy. Ci którzy w niej uczestniczyli być może, a nawet na pewno znaleźli się wśród przybywających do Europy. W końcu to nowa szansa, aby coś za darmo porwać, „pożreć” i uciec. Trafili tacy na plażę w Rimini, zobaczyli łatwe ofiary i je „pożarli”. Bo u nas kultura, obyczaj, duchowość ewoluowała dużo dalej.

Ale nie dość ewoluowała. Faktycznie też jesteśmy zacofanymi ludami. Jasne, że można na takie stwierdzenie zaprotestować, bo należymy do tych najbardziej rozwiniętych. Ale biorąc pod uwagę, jak chcielibyśmy dobrze ze sobą żyć, jesteśmy zacofani względem tych życzeń. O to właśnie chodzi, że nasze uczucia budzą się jak zwykle za późno. „Musi” pojawić się jakiś dramat, aby obudziło się serce. Wcześniej rozum śpi, nie widzi serca. Ścigamy się między sobą o lepsze życie. W tym wyścigu nie liczą się nasze uczucia, byle by osiągnąć czołową pozycję, a jeśli ktoś w trakcie oberwie i spadnie, kogo to obchodzi. Tak?

To my musimy zmądrzeć. My, ta najbardziej rozwinięta kultura świata, jesteśmy zacofani. Nasze uczucia są zacofane, zmarginalizowane i zdławione przez rozum, od dziecka, gdy je tracimy. Rozum za to, gotowy jest do walki bez kompromisu i nie fair, bo fair to przegrana w wyścigu. Lepsza organizacja, zapobieganie podobnym wydarzeniom leży właśnie w naszej uczuciowości. O ile trudno dobrymi uczuciami przekonywać imigrantów, którzy wałęsają się po Europie bez naszej uwagi. To siebie obdarzać nimi możemy. Na pewno dbając o nasze uczucia u naszych dzieci i u siebie nawzajem będziemy budować lepsze społeczeństwo, bardziej uwrażliwione. Możemy w ten sposób „dzikich bestii” uniknąć na własnym podwórku. Trudno nabyć zwyczaj napadania na innych ludzi jeśli wychowujemy się w dobrych lub choć względnie dobrych warunkach uczuciowych. Jeśli obdarzamy siebie uczuciami pozwalamy drugiemu człowiekowi wejrzeć w siebie, zobaczyć ducha w nas, to co żywe, rusza się jak woda. On zna żywe w sobie, porówna, dowie się, że jest takie samo. Łatwo wtedy dociera do niego, że raniąc innego zadaje ranę w żywe w sobie. Ażeby zadawać rany, trzeba nie mieć możliwości poznania życia w innych ludziach, trzeba w innych żywych widzieć przedmioty.

To co nam jest potrzebne, co woła w naszym procesie ewolucji duchowej, podmiotowej, a potem kulturalnej, obyczajowej itd. to właśnie odkrycie własnych uczuć. Na razie zdarza się to przypadkiem albo ludziom starszym, którzy nie mogąc już gonić za zmysłowością, karierą, pieniędzmi, kierują się właśnie do uczuć, rzutując swoje dobre na dzieci, wnuki i innych jeśli mają rozwiniętą wolę. Wtedy też mówi się, że ludzie osiągają etap w swoim życiu, w którym stają się nauczycielami, przekazują młodszym pokoleniom swoje doświadczenia, swoje zrozumienie świata, dobre, bo spajające uczucia. Albo to pobudzenie uczuć zdarza się, gdy uczucia zostają brutalnie zgwałcone, jak w Rimini, jak w niedawnym wydarzeniu młodej kobiety, która została zniewolona i gwałcona umierając w szpitalu albo wśród innych wydarzeń, które wciąż i wciąż zaskakują nas w mediach i budzą nagłą erupcję gniewu, co właśnie zdarzyło się ministrowi P. Jakiemu, który w gniewie zapiał o karę śmierci i tortury… w XXI wieku. Może trafnie, ale jeśli, to chyba skala zjawiska nie jest tak duża, aby już sięgać po takie narzędzia. Obudzić się trzeba, zadbać o uczucia tych, którzy nas otaczają. W ten sposób tworzymy najlepszą obronę przed „dzikimi bestiami”, w ogóle ich nie kreujemy obojętnością i uprzedmiotowieniem żywego podmiotu.

Wynika to ze zjawiska jakim jest nasza moralność. To co dziś nazywamy moralnością, to nie jest moralność. A jeśliby nawet użyć do jego nazwania słowa „moralność”, to jest to moralność przedmiotowa. Bowiem naszą moralność wypełniają przedmioty: nazwy, zjawiska, wydarzenia historyczne, pomniki, ulice, place, pamiątki, nieżyjące postacie przekształcone w symbol. Nie ma tu żywego ducha, to nie żywy człowiek jest przedmiotem moralności, ale martwy przedmiot. Owszem możemy dbać o ważne historyczne symbole, ale najpierw musimy zadbać o uczucia i zrozumienie u żywych, którzy tu są. Aby potrafili zrozumieć wagę tych przedmiotowych symboli, bo poznają od nas, że są ważni. Wtedy zadbają o to, co im ponad ich wagę podajemy.

Dziś nie mamy dla siebie dobrych uczuć, zachowuje się tak elita, rządzący, którzy swoimi zachowaniami pokazują jakie panują moralne normy. Społeczeństwo ogląda te obrazy, słyszy te wypowiedzi i przenosi na siebie. Jeśli jednostki są nie dość krytyczne, robią co widzą i mamy moralność przedmiotów. Podmioty są niewolnikami kultu przedmiotów, ich nie ma, nie liczą się, a jeśli sprzeciwią, zostają odrzuceni, bo podmiotem jest ten, który wyznaje, co władza wyznaje. Podmiot musi stracić wolność i wolę, aby stać się… przedmiotem. Dziś nasze uczucia i zrozumienie siebie, także siebie wzajem nie ma wartości. Ale gdy będzie miało, wtedy nieważne jaki kto pogląd wyznaje, będzie człowiekiem, na którego trzeba rzucić uwagę. Koniecznie, aby przez obojętność i ignorancję nie pozwolić na niekontrolowany wzrost jego frustracji, który może zamienić go w „dziką bestię” po czasie. To najlepszy sposób na bezpieczeństwo, który jednocześnie kontroluje społeczne napięcie utrzymując je na bardzo niskim poziomie. Tylko kiedy my to zrobimy? Na razie mamy wciąż otwarte ramiona niemieckiej kanclerz i jej zamknięte oczy. Na razie nasz stosunek do naszych uczuć jest albo infantylny albo go nie ma. Rozum boi się zrozumienia uczuć.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz