Rozpad społeczny


Kryzys imigracyjny to test współczesnych wysokorozwiniętych społeczeństw. Test, który pokazuje, że gotowość intelektualna i uczuciowa na spotkanie z ludźmi nieznającymi znaczenia „wysokorozwinięty”, jest mała. Wydawało się, że przewaga naszej kultury i duchowości jest tak duża, że możemy otworzyć ramiona i przyjąć uchodźców. Od tak, po prostu. Przewaga ta tkwi w haśle „wszystkie kultury są równe”. Jednak to hasło mające obowiązywać w sposób absolutny jest relatywistyczne, to tylko jedna strona medalu, na drugą jesteśmy ślepi. Ten „wielkoduszny uniwersalizm” zapomniał, że inne kultury, które do tej refleksji jeszcze się nie rozwinęły, nie są równe naszej kulturze. W tym haśle wartość absolutną ma kultura w ogóle, bo każdy lud ma jakąś kulturę, to jest nierelatywne. Relatywne zaś jest to, jaką jakość myślenia i odczuwania prezentuje każda kultura. W naszej doszliśmy do „wielkodusznego uniwersalizmu”, ale zapatrzeni tylko we własną nie dostrzegamy, że to właśnie tylko w naszej powstała myśl o wielkoduszności, w innych jej nie ma. Inne kultury, te które funkcjonują w krajach słabo rozwiniętych są kulturami zaniedbanymi, mniej rozwiniętymi, bo aby rozwijać tę duchową sferę człowieka, ten najpierw chce zadbać o ciało. Gdy mu dobrze na ciele, zaczyna myśleć o duchu, na ogół, nie zawsze. To sprawia, że nasza uczuciowa wielkoduszność wobec imigracji wymaga ram rozumu. Spojrzenia zapytującego, czy kultura, która do nas przybywa wie, że jesteśmy sobie wszyscy równi? A one nie wiedzą, bo o swojej „uniwersalistycznej wielkoduszności” dowiedzieliśmy się dopiero co, od siebie, nie od nich.

Co to powoduje? Powoduje, że zapatrzeni w swoją kulturę wyznawcy Islamu, przymuszeni do tego przez swoje uproszczone prawo, otrzymując od nas sygnał w postaci przyjmowania ich w wielkiej fali uznają, że to ich kultura jest lepsza, że Europa zagubiła się we własnej duchowej kulturze, że musi zostać zastąpiona. Żeby tylko tyle. To zjawiska ulega wzmocnieniu przez następne, a więc potwierdzeniu. Gdy bowiem wyznawcy Islamu już przybywają i w swej niżej rozwiniętej refleksyjności zaczynają żądać, nie pytać, nie prosić, ale otwarcie wysuwać żądania, aby zapewnić im opiekę socjalną, wykluczyć wieprzowinę z europejskiego menu, postawić za każdym rogiem meczet itd. My w swej wielkoduszności poddajemy się szokowi żądań. Nie jesteśmy przygotowani na myśl o tym, jakie odczucia i spostrzeżenia budzi życie w gorszych warunkach, że ono skłania do ofensywnych zachowań, żądań i łączy w sobie również przebiegłość. Chcąc zachować swoją wielkoduszność zaczynamy spełniać ich żądania. Dostają domy, socjal, noszą burki, kobiety zajmują podrzędną pozycję w rodzinie, w naszej wielkodusznej kulturze, w której już się tego stosunku do kobiet prawie pozbyliśmy. Europa staje się bezradna, nie potrafi odmawiać, bo wymalowała sobie obraz zabiedzonego i zagrożonego uchodźcy. Choć tacy mieli być tylko w Syrii, tymczasem uchodźcy z Syrii w wielkiej liczbie siedzą w sąsiednich krajach.

Otóż kultura jako zjawisko jest równa innej, ale treść kultury już nie musi, bo musi wykazać się znajomością naszej ducho-kultury w takim stopniu, jaki nam jest znany. Inaczej jest to, co mamy, nie potrafimy poradzić sobie z ich żądaniami. Zamiast tego, ci zyskując bez oporu, co sobie zażyczą robią dalsze kroki do przodu, żądają więcej, a jeśli mają już wszystko „pod nosem” i nie poznali praw ograniczających ich niepohamowane żądania, zaczynają robić, co im się podoba, także rozrabiać. Tu dopiero budzi się nasza świadomość, gdy naruszają naszą cielesność, bo tak właśnie rozwinięta jest ta nasza duchowa kultura, że nie zauważa kiedy naruszyli nam ducha. My dopiero niedawno, wraz z początkiem imigracji spostrzegliśmy wielkoduszność. Jednak jeszcze nie doświadczyliśmy z czym się ona wiąże, jak bardzo musi być zabezpieczona, aby była zdolna do przetrwania. Inaczej zaczyna przygasać, bo wyciągamy broń i strzelamy do imigrantów, którym od początku dajemy za dużo nie oczekując od nich przystosowania, poznania naszej kultury, czy przestrzegania naszych praw. Nie powiedzieliśmy im „witaj w moim domu, pamiętaj to mój dom, poznaj go, zaakceptuj zasady, żyj w zgodzie, będzie wtedy także Twoim domem”. Zamiast tego wielkoduszność zawodzi, zachwyt swobody liberalizmu wychodzi na jaw, ukazuje niedbalstwo. Można sobie przypomnieć, kiedy nasze granice zostały otwarte z jaką otwartością nas witano na zachodzie? Przecież byliśmy zabiedzeni przez komunizm.

Wszelki rozwój musi następować równocześnie z utrzymywaniem porządku, i musi to być ścisłe. Wtedy jest stabilny i odporny na różne nieprzewidziane zdarzenia. Nierelatywna jest nazwa „kultura”, abstrakcyjne pojęcie, każdy ją ma, znaczenie tej nazwy podlega rozwojowi, zmianom. My weszliśmy w poznaniu wyżej, reszta, imigranci muszą poznać nasz dorobek, zrozumieć co to jest wielkoduszność. Dopiero po zrozumieniu i akceptacji stają się nam kulturowo równi, chyba, będzie trzeba dokładniej sprawdzić.

Znaczy to, że nie należy i nie możemy rezygnować z wielkoduszności i uniwersalizmu, ale musimy w to wielkie serce, którego więcej mamy dla imigrantów, niż swojej biedy, włączyć rozum. Zdać sobie sprawę, że poczynania wielkoduszności trzeba kontrolować, aby tym, którzy jej szkodzą i dają powód, aby jej poniechać, powstrzymać ich nim nam i naszej większej duszy zaszkodzą. Łatwo zdać sobie sprawę, że właśnie wchodzimy na tę drogę. Pokój w Europie, stworzenie Unii i szereg innych ułatwień dały powód dla myślenia i rządów liberalnych. Te cechuje kierunek na rozwój, ale rozwój ten bywa nieuporządkowany. Najwięcej na tym rozwoju zyskują ci, którzy są do niego gotowi, ale ci, którzy nie są, tracą na nim, nie nadążają, bo ich kondycja była słaba, a zapomniani w rozwoju tracą dalej lub zyskują niewiele. Kto bowiem troszczy się o słabych kiedy powodzi mu się i może się bawić? Nikt lub organizacje, które o nich pamiętają, ale to mało. Ten niepohamowany, zaślepiony i cechujący się niedbalstwem rozwój wpada w swoją pułapkę. W jego trakcie dochodzi do nadużyć, do niedbalstwa, które narastając staje się widoczne. Budzi to potrzebę stworzenia porządku. Wybieramy rządy prawicowe, te które wołają o stanowczy porządek, a poziom zaniedbań odbija się w stanowczości ich głosu i działań. Ale z nimi także wiążą się zaniedbania, jeśli nieporządek osiągnął wysoki poziom, ci przyjmują swoją rolę z różną siłą i stanowczością. Jeśli nieporządku jest dużo, czują dużą energię na jak najszybszą zmianę sytuacji. Wtedy osąd sytuacji bywa powierzchowny, co odbija się na słabszych, czy niewinnych, bo wystarczy, że znajdą się w jakimś związku ze sprawą wymagającą naprawy, ich udział zostanie słabo poznany, ale kara zostanie wymierzona. I to i to niedobrze. Bo dobrze jest gdy są oba pogląd, gdy oba mają udział we władzy. Pytanie jak to zrobić, tę karkołomną rzecz, aby pogodzić ogień i wodę? Trzeba im narzucić zgodę, wymusić na nich, wbić im do głowy, że oba poglądy są konieczne i muszą, z własnej woli, samych siebie muszą przymusić się do zgody. My, wyborcy musimy tego oczekiwać i zgodą kierować przy wyborze władzy, że nasza władza ma czynić zgodę w narodzie, nie narzucać podziały.

Wracając do emigracji. To nie jest tak bardzo trudne włączać uchodźców do naszych społeczeństw. Trudna jest w tym inercja elit. To wśród nich pojawia się szok zmiany, najpierw łatwy liberalizm, gdy nachodzi myśl, aby zachowywać się jak „dzieci kwiaty”. A gdy okazuje się, że doszło do nieporządku, ci nagle milkną w osłupieniu. Co tu zrobić, co tu zrobić? I robi się samo. Wtedy społeczeństwa, w swojej części „ludzi wolnych” częściej przejmują inicjatywę, wyrażając krytykę, oburzenie, przedstawiając przykłady naruszania ich bezpieczeństwa. Bo elity prowadzą życie względnie zabezpieczone i uporządkowane, są „ustawione”. Dopiero oburzenie „wolnych ludzi” grożąc naruszeniem równowagi elit skłania je do jakichś działań. Ale elity to nieszczególnie bystrzy ludzie, to ludzie którym się udało, najczęściej dzięki pochodzeniu, dzięki wcześniejszemu udziałowi w elitach. Wygoda wywołuje ich inercję. Dlatego brak dobrych rozwiązań i błąkający się po Europie uchodźcy bez celu. Mógłbym podać, jak to już raz uczyniłem na pewnych zajęciach z socjologii, rozwiązania na to, jak włączyć niżej rozwiniętych przybyszów do naszych społeczeństw. Ale po co? Społecznie zaliczam siebie do „wolnych ludzi”, do tej części, która nie zyskała na rozwoju, ale odwrotnie oberwała, gdy inni się bogacili i wzrastał ich komfort. A gdy prosiła elity o pomoc… wiecie, co się wtedy spotyka, milczenie. Może więc należy tą sytuacją wymienić elity? Uważam, że nie należy nas „wolnych ludzi” winić za zaistniałą sytuację, nie należy też winić imigrantów, to ludzie, którzy zwyczajnie chcą poprawić swój byt. Wina należy do elit, one wzięły dla siebie władzę i obiecały dbać o nas. Ale jak zwykle sprzeczności pomiędzy nimi, wywyższenie i inne choroby, które wyszły z puszki Pandory, doprowadziły je do inercji, do zaniedbań. Bo winą ludzi wolnych jest zbyt mały nacisk na elity, aby zawsze i najsprawniej ze wszystkich reformowały się bez przerwy. Liberalizm to marzenia senne, konserwatyzm budzenie przytomności, aby było to uzgodnione, aby rzeczywistość społeczną skutecznie konstruować, porządkować, rozwijać, oba te elementy są konieczne, równocześnie, nie na przemian, jak wyborcom wiatr zawieje.

 

O „wielkodusznym uniwersalizmie”, kulturze europejskiej i relatywizmie kulturowym pisał:

L. Kołakowski w „Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań”.

N. Davis „Europa między wschodem a zachodem”.

A. Bloom „Niemiecki łącznik”.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz